Jak pisać?
piątek, 1 czerwca 2012
niedziela, 20 maja 2012
Piszcie erotyki.
Całujemy stópki! Kajamy się! To ostatnia taka przerwa. Dużo się działo, plany się pozmieniały, no swoją drogą Sodoma i Gomora. Dlatego Scenariusz nastepnym razem będzie, a dziś erotyki. Wiosna się kończy, zdążyć trzeba.
Czym jest erotyk? Najprościej odpowiedzieć sentencją stworzoną na poczekaniu: "miłość miłością, zmysły zmysłami". Czyli inaczej oddajcie Bogu, co boskie, a Cesarzowi, co cesarskie. O ile wyrażamy się jasno, a mam nadzieję, że tak...
Porad, co do pisania, będzie kilka. O ile tematyka miłosna jest szeroka jak modry Dunaj (co pokazał nasz konkurs walentynkowy), o tyle erotyka jest bynajmniej dziedziną wąską, chociaż - czego nie należy mylić - daje szerokie pole do popisu i opisu. Mówiąc prościej: teksty tego typu będą zawsze albo o doświadczeniach fizycznej bliskości albo o pragnieniach doświadczeń. To ostatnie niech pocieszy młodych i nieśmiałych, którzy nie mieli okazji opisać dnia wczorajszego: zawsze mogą opisać sen.
Ad rem:
Najczęściej w erotykach, dzięki Leśmianowi pewnie, dużo jest szczegółów i dużo opisów, dźwięki - głównie szepty - wrażenia dotykowe, smaki... Jednak czasem da się wziąć na warsztat jedno odczucie i opisać je prosto:
Prośba
Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam
I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam
I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej
Na pewno nie mieć mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła
Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej
Już w ostatni por skóry tak dawno mi wniknąłeś
Że nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś
I choć nie wierzę by mógł być ktoś bardziej otwarty
Dla ciebie niż ja jestem, zrób coś, otwórz mnie, rozbierz
Czasami opisane jest nie-wiadomo-co. Taki malinowy chruśniak, którego słuchamy na płycie winylowej w wykonaniu Grechuty i Jandy, a po ukończeniu lat piętnastu orientujemy się, że to nie było niewinne, ta zabwa malinkami... No dobrze dość prywaty. O to po prostu chodzi, że ciekawym zabiegiem jest opis niedosłowny. Czego świetny przykład mieliśmy w wierszach konkursowych.
Zatem primo: znany nam - mam nadzieję, że wszystkim - chruśniak:
Secundo: dwa teksty z konkursu. Pierwszy, Marzeny Przekwas, o mało co nie otarł się o zwycięską piątkę:
Erotyk niemożebny
czyli w punkcie ksero
delikatnie z tą maszyną
niech pan wciśnie
guzik
powyżej rozchylenia
widełek
szufladę stuknąć
młotkiem
od wewnątrz
jak przy oklepywaniu
na litość boską
nie całą ręką
musi pan wymacać
rolkę
ostrożnie nasunąć na
igłę
potem już pójdzie
Zaskoczenie było, czytano po kilka razy i się doczytano, ogólnie rzecz ujmując, Literatury przez eL. Drugi tekst, jeszcze z konkursowych, niezwykle prosty, ale... właściwie to zwiewny.
Zbigniew Kozula, "Wizyta":
zmierzwił
włosy
i zaraz potem
podniósł
spódnicę
a przy okazji
przewrócił
wazon
gdy trzasnął
drzwiami
już go nie
było
niespodziewany
wiatr czy
kochanek?
To, do czego zachęcamy, to mimo wszystko do mieszania form. Prostoty charakterystycznej dla współczesności i... mimo wszystko do leśmianizmów, ociekających zmysłami, ze hej. A na koniec, dla odważnych:
Potępienie rozkoszy.
Potępienie rozkoszy.
Komentarze jak zawsze mile widziane. Erotyczne również.
czwartek, 19 kwietnia 2012
wtorek, 10 kwietnia 2012
Wywiad - rozmowa niebanalna
Kłaniamy się nisko i poświątecznie. Szkoła Pisania przekonana była, że na skutek przejedzenia będzie musiała spisać testament ("Żyłem z wami, płakałem i cierpiałem z wami...", albo coś podobnego), ale jednak wszyscy przeżyli.
A skoro przeżyli, mają czym łapać się za głowy - bo oto czytają wywiady w prasie i na portalach internetowych i na ogół im się nie podobają, no ale... Po prostu czytają nie te, co trzeba.
Wywiad też jest sztuką. Nie wystarczy przygotować sobie pytań na karteczce. Bo jeżeli odpowiedź na pierwsze będzie zaskakująca i pojawi się przy okazji masę zagadkowych kwestii, to co wtedy? Wtedy drążymy temat. Dlatego wydaje nam się, że wywiady na żywo (lub na czacie, oczywiście - po prostu te elastyczne) są żywsze, co zawsze się rzuca w oczy.
Dobrze jest wybrać rozmówcę nietypowego. "Nietypowego" nawet nie w sensie: o którym nikt nigdy nie słyszał. Ale rozmówcę, z którym wywiadu nie ma w każdej gazecie (zakładając oczywiście, że macie dojścia do takich osób :)). Zawsze dziwiło mnie w tak zwanych "gazetkach szkolnych", dlaczego nigdy nikt niei przeprowadził rozmowy z Panią Woźną, a zawsze tylko z dyrektorem.
Swoją drogą - jeżeli przeprowadziliście kiedyś interesujący wywiad, podeślijcie nam linka. My zamieszczamy linka do wywiadów z mniej znanymi, ale godnymi uwagi ludźmi pióra (pozdrawiamy przy okazji Autorów strony):
Konkluzja: najwspanialszym, najbardziej mrożącym krew w żyłach i najbardziej dogłębnym wiwiadem wszechczasów jest naszym skromnym zdaniem książka "Rozmowy z katem". Wiemy, że brzmi lekturowo. Wiemy, że wcale nie jest to sensu stricte wywiad. Ale mimo iż nie życzymy Wam, byście siedzieli w więzieniu z bestialskim esesmanem, to dokonanie tak dogłębnej analizy cudzej psychiki poprzez rozmowę jest naprawdę osiągnięciem niezwykłym.
Pozdrawiamy i na tym kończymy baju baju, nastepnym razem konkretne wskazówki, co do scenariusza.
piątek, 23 marca 2012
Ewa Jabłońska
Dziś prezentujemy ostatniego ze Zwycięzców (ktorzy wyrazili wolę pomachania Czytelnikom z bloga Szkoła Pisania). Najpierw jednak przedstawimy plan na najlbliższe dni:
1. Witamy wiosnę, czyli z zapalem zabieramy się do pracy. Będzie o wywiadach, o scenariuszach, o konkursach i o wielu, wielu innych.
2. Osoby wyróżnione będziemy publikować na bieżąco, na zmianę z "normalnymi" postami.
A zatem "Pierwsza miłość Marka K.". Autorka, która jeszcze nie stworzyła arcydzieła typu "Rzeźnia nr 5." ale już wie, że wielkie rzeczy nie wymagają wielkiego języka. (Ze wspomnianej "Rzeźni": "Zabili go za kradzież czajnika. Zdarza się").
Tak i tu. Pozorna swoboda narracji. Kto się wczyta uważnie, niech dostrzeże. Albo - niech nie dostrzega, bo przecież "Niech siedzą, niech pierdzą i niech nicniewidzą".
Pierwsza miłość Marka K.
Marek Kłyś zobaczył kobietę w dziewczynce. Widzenie w kobiecie dziewczynki, stan, którego pożądają u mężczyzn kobiety, wykiełkuje w Kłysiu kiedyś tam, długo po tym pierwszym, odwrotnym widzeniu. Sprawi, że świat w promieniu czterech kilometrów od Kłysia będzie lepszy. Tak gdzieś przynajmniej do Falenicy. Teraz jest jeszcze wszędzie taki sam. Niebieska Ela–Nela ma okrągłe, cytrynowe oczy, drapie się pod pachami i jest aniołem. Przypina skrzydła z gałęzi, z białej folii i waty, a potem leci, leci nisko nad ziemią przez osiedle Wronia.
Czasy przedszkolne Marka Kłysia trwały tak długo, dopóki nie przyjechał dźwig i nie zabrał koników, drabinek i autobusu bez kół. Marek Kłyś spędził w przedszkolu wiele pór roku, zawsze kończących się początkiem kolejnych. Szedł tam z myślą, że uda mu się pohuśtać na huśtawce przeznaczonej dla dwóch osób. Podobna nadzieja, a może nawet taka sama, przyświecała wujowi Kłysia, Adamowi Kłysiowi, bratu Ojca Kłysia. Adam Kłyś nie chciał mieć żony, dziewczyny, konkubiny, ani w ogóle żadnej kobiety obok siebie, ale chciał mieć wyprasowane obrusy, cudne pajęcze firanki, grzybową i te stany niewyobrażalne i krótkotrwałe codziennie przynajmniej raz.
Marek Kłyś przesiadujący to na jednym, to na drugim siedzonku konika, rozważał swoją przyszłość, od czasu do czasu podrygując, bo w jego mniemaniu grawitację można było przechytrzyć znienackowym ruchem. U Marka Kłysia takie nadzieje były echem jego poprzedniego wcielenia, w którym był egipskim kapłanem, ponieważ wszyscy byli w poprzednich wcieleniach egipskimi kapłanami. Więc i Marek Kłyś, choć do tego kapłaństwa go zmuszono, jednak podrygiwał. Kiedyś, siedząc na koniku, z brodą wsuniętą między mokre o jakiejś tam porze roku drewniane końskie uszy, Marek Kłyś postanowił, że będzie kochał tylko anioły. Wszystkie znane mu wówczas kobiety nie były aniołami. Czasem, kiedy Marek Kłyś słuchał, jak Pani Kropka, sąsiadka z psem Kropką śmierdzącym, doradza wszystkim, bez względu na płeć, usunięcie macicy – bo to się może popsuć kiedyś, zrakowacieć, a tak, ciach, nie ma i spokój – Marek Kłyś nie mógł wyjść z podziwu, jak bardzo można nie być aniołem. Ale przyszedł jeden dzień mroźny i noc ziębnąca, przyklejona do szyb, szklista, prześwitująca pod światło latarni za blokiem Kłysiów i Marek Kłyś zobaczył i rozpoznał anioła.
Niebieska Ela–Nela nie żuje gumy, nie gryzie palcom paznokci, nie porusza ustami. Jej wargi prawie zanikły, od niemówienia zapadły się pod język. Ela–Nela, pomyślał Kłyś. Poszedł do domu, bo był już czas, żeby oderwać kawał chleba, ukroić kiełbasę, która bielała za oknem na mrozie, a nie kończyła się nawet w święta, kiedy wszyscy jedzą więcej, kroją ją, rwą i chrzanem chrzanią. Poszedł, urwał, uciął i wszedł pod kołdrę. Zapatrzony w majak Niebieskiej Eli–Neli–Anioła, z całej siły postarał się wyobrazić sobie Elę–Nelę wydalającą cokolwiek. Jakiś brud nieanielski. Nic. Do rana nawet kropli moczu w śnieg. Rano oczy Eli–Neli zamarzały, zamieniały się w szkliste kule. Przetaczały się w poprzek chodników i przygniatały Marka Kłysia do murów, kiedy wracał ze szkoły, szedł żeby pochodzić, kiedy stał w oknie żeby postać, a murami były wtedy miejsca przed nim: puste, i miejsca za nim: Stary Kłyś fotelujący, mordędrący telewizor, prasująca Matka Kłyś, Ojciec Kłyś, ściana, kontakt, spięcie. Gasło światło. Po ciemku nie było boskiej siły, by Ela–Nela choćby zbliżyła się do przemiany materii. Była światłem, a Marek Kłyś myślał pod kołdrą o Eli–Neli Niebieskiej w złotej sukience, w majtkach prawie bez majtek i całkiem bez piersi. Myślał, że Ela–Nela gdzieś jest, że śpi pod dwadzieścia trzy i zapominał o oddechu. Kobiety bez piersi były dla niego istotami niosącymi nadzieję, że nigdy nie będą Matkami Kłyś. Wyobrażał sobie, że płaskie kobiety piją mleko z kartonów, a kobiety wypukłe żłopią je z butelek, niechlujnie obskubanych z kapsli. Dla Eli–Neli, dla jej włosa wokół palca, oddechu w puszce po kawie, jej rajstop na każdym sznurze, za jej uśmiech, jej włos, jej oddech, jej wargi, jego wargi, jej rajstopy, jej nogi, dla niej nie trzymał już myśli kurczowo. Oto pierwsza udana ucieczka Marka Kłysia od reszty Kłysiów. Niech siedzą, niech pierdzą i niech nicniewidzą. Niech jedzą banany ze skórą.
środa, 14 marca 2012
Donata Janiszewska
"Samotnością zarażasz się od ludzi, których kochasz". Kochajmy więc, ale trzymajmy dystans i nasze własne, nieprzekraczalne światy.
Naprawdę o to chodzi? Wcale nie wydaje się to nikogo radować. Tekst napisany jest wprawdzie bez dzikich emocji i szału, na spokojnie i bez rozpaczy, ale z lekką jakby rezygnacją (o ciekawych, nawet zaskakujących obrazach nie wspominamy, przy pierwszej strofie zabolały nas palce!), niby nam nie grozi, a przecież grozi. Bo przecież epidemia się rozplenia, jak to epidemia.
Pozdrawiamy kochających, skazanych na plagę samotności.
epidemia
poraniłam sobie dłonie
o odstraszacze gołębi
w twojej marynarce
po co jeszcze je nosisz
przecież od dawna nie przesyłam
ci żadnych wiadomości
czytam na głos tytuł prasowy
samotnością zarażasz się
od ludzi których kochasz
nic nam nie grozi mówisz
i wieszasz w oknach
wilgotne zasłony
więcej: http://kohoutek.digart.pl/
niedziela, 11 marca 2012
czwartek, 8 marca 2012
Paulina Matuszewska
I mamy kolejną prawdę o miłości. Nikt nie obiecywał romantyzmu, ani czerwonych serduszek. Mamy za to "zręczną oprawę" w... nie, nie, w Photoshopie. W niewyszukanym, niewydumanym szorstkim obrazie, w bogactwie subtelnych skojarzeń, w otwartości na formę (patrz: dialog w wierszu).
Ballada
na początku były słowa
potem parę drinków
no kto by pomyślał
że ona taka poważna z takim
plecionym warkoczemintelektualnym zapleczem
matka prawniczka ojciec profesor
pokój z balkonem perspektywy
a tu proszę jaka zmaza
- szorowałam. nie schodzi
- weź Julka nie histeryzuj
nie jest tak źle. dodamy
w tle Stevie Wondera. w rogu
wazonik z różami. kilka
gwiazdek wkleimy od spodu
zręczna oprawa w Photoshopie
i można powiedzieć
że było całkiem
całkiem nadzwyczajnie
Subskrybuj:
Posty (Atom)


